Aktualności

Wspomnienia z września 1939 roku z polskiego wybrzeża

Nazywam się Józef Markiewicz. Urodziłem się dnia 2 marca 1915 roku w Radomicku. W dniu wybuchu II wojny światowe j 1 września 1939 roku,  znajdowałem się Gdyni na okręcie szkolnym ORP (okręt Rzeczpospolitej Polskiej) „Nurek”. Do wojska zostałem powołany 2 lutego  1936 roku. ORP ”Nurek” był to okręt szkolny, na którym odbyłem zasadniczą służbę wojskową. Przeszedłem kurs nurka, a po ukończeniu służby wojskowej pracowałem drugi rok jako nurek zawodowy na tymże okręcie. Na okręcie odbywały się nie tylko szkolenia nurków, ale także wykonywano różne prace pod wodą w porcie i na morzu: prace badawcze, budowlane pod wodą oraz prace rozładunkowe.

W dniu 1 września 1939 roku o godz. 5.00 usłyszeliśmy komunikat, że wojna została wypowiedziana, a o godz. 6.00 rano nadleciał nad port w Gdyni niemiecki samolot zwiadowczy. Skontrolował teren i szybko zniknął. W porcie nie było już większych okrętów. Mój okręt ”Nurek” stał przy molu południowym. Rano tegoż dnia otrzymaliśmy rozkaz przywiezienia żywności z portu handlowego na Helu na nasz okręt. Wróciliśmy na swoje miejsce z powrotem. Pełniłem służbę na pokładzie do godz. 12.00 w południe. Zdałem ją i po obiedzie zszedłem do kajuty  aby odpocząć. Kilkanaście minut po 12.00 usłyszałem ryk nadlatujących bombowców, które zaatakowały dwa okręty polskie znajdujące się w zatoce dla obrony portu. Były to: jeden minowiec i jeden torpedowiec. Zostały uszkodzone. Zmuszone były wyładować miny i torpedy.  Zdążyły zacumować w porcie na Helu. Będąc w kajucie usłyszałem wybuchy. Natychmiast wskoczyłem do włazu ażeby wyjść na pokład. W tym czasie bombowce były już nad naszym okrętem. Gdy stanąłem na pokładzie pierwsza bomba uderzyła w prawa burtę uszkadzając kajuty. Siłą podmuchu bomby i wody zostałem wyrzucony na molo będąc tylko w spodenkach. Po kilku sekundach druga bomba uderzyła w lewą burtę. Zdążyłem  w tym czasie odbiec parę kroków dalej. W tym samym czasie trzecia bomba uderzyła w środek okrętu rozsadzając maszynownię. Okręt szybko zaczął tonąć.

Po zrzuceniu bomb samoloty zniknęły za lasem. Po kilku minutach wróciły z powrotem lecąc bardzo nisko i siekąc seriami z karabinów maszynowych. Na ułamek sekundy zobaczyłem dowódcę, Ignacego Tomaszewicza. Trzymał się jakieś belki, ale pociski leciały tak gęsto, że żaden marynarz z tonącego okrętu nie uratował życia. Również z lądu nie było możliwe iść im na ratunek. W dodatku w równych odstępach czasu padały ogromne pociski z pancernika ”Schleswig Holstein”, który stał w Kanale Gdańskim.

Gdy bombowce niemieckie odleciały - ucichło. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że cudem jeszcze żyję. Mój okręt pogrążał się w wodzie, wystawał jeszcze nad wodą maszt i kawałek dzioba. Okazało się, że z zatopionego okrętu ocalało dwóch marynarzy, ja i kolega też nurek . Kolega uratował się w podobny sposób jak ja. Dwóch członków załogi  było w tym dniu na przepustce, nurek i chorąży lekarz, i dlatego też ocaleli. Załoga statku składała się z 26 osób. Dziś po 56 latach przypominam sobie  wszystkich, ale nie pamiętam wszystkich nazwisk. Wymienię nazwiska te, które pamiętam: dowódca-Tomaszewicz Ignacy, bosman- Stoja, mat-  Starszak, bosmat- Dziwisz, nurek instruktor, bosman- Gronet, nurek instruktor, mat- Rymkiewicz, nurek instruktor, bosmat- Weber, nurek wykładowca, motorniczy- Barach, elektryk- Głuszak, radiotelegrafista, sygnalista, kucharz, dwóch nurków z mego rocznika, sanitariusz i zaopatrzeniowiec-nie pamiętam nazwisk. Wszyscy zginęli. Byli to ludzie tacy jak ja, ludzie młodzi.

Blisko naszego okrętu  ”Nurek”  były dwa mola drewniane  między którymi był postój lodzi podwodnych. Pamiętam, że Polska miała 5 łodzi podwodnych. Niemcy byli przekonani, że łodzie stoją na miejscu. Tymczasem wypłynęły one w morze w nocy przed wybuchem wojny. Bombardowano niesamowicie miejsce postoju łodzi podwodnych, a my  będąc blisko zostaliśmy zmiażdżeni. Nie tylko mój okręt, ale  i holowniki stojące obok.

Po ocaleniu zostałem nagi i bosy, ale żyłem Szczęście, że do koszar nie było daleko. Z magazynu otrzymałem mundur i buty. Spotkałem kolegę, który był na przepustce- nurka Stefana Muszyńskiego. Jeszcze tego samego dnia zmontowaliśmy aparaturę nurkową. Drugiego dnia wojny nurkowaliśmy wydobywając broń maszynową z zatopionego okrętu. Była to praca niezwykle trudna. Pociski i bomby, które rzucały samoloty niemieckie tak zmieszały osady dna morskiego w porcie, że woda była jak gęsta gnojówka i niesamowicie śmierdziała. Mogliśmy pracować pod wodą tylko rano i wieczorem. W dzień port był ostrzeliwany przez bombowce niemieckie i z dział ze statku ”Schleswig – Holstein”. Do wnętrza okrętu nie można było wejść, ponieważ jego boki były tak ostre i poszarpane od pocisków, że groziło to w ciemności rozdarciem skafandrów. Broń jednak została wydobyta i służyła do obrony Gdyni. Pracy dla nurków było dużo, a było nas tylko dwóch, ja i Stefan Muszyński. Praktycznie, to byłem sam do robót pod wodą. Na okręcie jako jedyny miałem zawód kowala i dlatego przeszedłem kurs cięcia metali pod wodą aparatem tlenowym. Nie będę więc opisywał naszych codziennych zmagań przy wydobywaniu dział i broni z zatopionych okrętów.

Około 17 września 1939 roku Niemcy zajęli Oksywie. Zawieziono nas, nurków,  motorówką na Hel, aby wymontować  działa z zatopionych okrętów: minowca i torpedowca. Była to najcięższa praca. Ogromne śruby, którymi przykręcone było działo do płyty od statku były zardzewiałe. Trudno je było odkręcić, ale zadanie wykonaliśmy. Działa zostały przewiezione dźwigiem pływającym na ląd przy basenie.  Z dział tych z takim  trudem wydobytych nie było jednak pożytku. Wmontowaliśmy je  w płytę betonową, ale trzeba było czekać na stwardnienie betonu. A tu Niemcy nacierali coraz mocniej. Została wysadzona przez Polaków prochownia na  Kaczych Dołach na Kępie Oksywskiej. Półwysep Hel podminowano w najwęższym miejscu i przerwano. Podczas wybuchu min byłem na cyplu Helu, a ziemia kołysała się jak statek na morzu.

Zbliżał się koniec września. Chcieliśmy się bronić dalej. Było nas trzy tysiące żołnierzy, ale nie było broni, amunicji, nie mówiąc już o braku żywności. Czekało nas najgorsze. Dzień 2 października 1939 roku był dniem pójścia do niewoli. Dalsza walka stała się niemożliwa. Zebraliśmy się wszyscy, to znaczy żołnierze i dowódcy z kontradmirałem Unrungiem, dowódcą polskiej floty. Wszyscy złożyli broń. Admirał żegnając żołnierzy podziękował za dotychczasowa bohaterską walkę, zdał raport i przekazał nas władzy niemieckiej. Na koniec wspólnie odśpiewaliśmy ”Rotę”. Było to dla mnie najbardziej bolesne przeżycie. Przywieziono nas na stację kolejowa do Gdyni, a stamtąd do Gdańska do łagru Buszohfberg w Fortach Gdańskich.

Okres niewoli to osobny rozdział w mym życiu. Dodam tylko, że wróciłem z niewoli do domu w polskim mundurze marynarskim i przechowałem go do końca wojny. Już 15 kwietnia 1945 roku wróciłem do tworzącej się marynarki w Gdańsku. Była to służba trudna,  bez floty i zaplecza.

W kwietniu 1946 roku ożeniłem się z Anną Gębaczką z Bukówca Górnego. Całe życie pracowałem jako kowal w swojej kuźni w Bukówcu Górnym, gdzie mieszkam do dnia dzisiejszego. Dziś po 56 latach od wybuch II wojny światowej przeżyte wydarzenia są dla mnie nadal żywe i mam je głęboko w pamięci.

Józef Markiewicz

Bukówiec Górny, 1995 r.

© 2015 ZS Bukówiec Górny. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wykonanie ProGrupa.com.

Szukaj